
Młody yuppie z filmu Michaela Lehmanna doznał fatalnego miłosnego zawodu. Próbuje się odkuć, romansując na prawo i lewo, ale w pewnej chwili zaczyna odczuwać pustkę takiego sposobu bycia. Wahadło wychyla się w drugą stronę: za podszeptem brata kleryka podejmuje wielkopostne zobowiązanie i wyrzeka się seksu na 40 dni (i nocy). I wtedy właśnie spotyka miłość swego życia, kobietę na wskroś nowoczesną (a więc wyzwoloną). Sytuacja staje się dwuznaczna: wszak wyrzeczenie się seksu wygląda na manifestację żalu po utraconej miłości, a wzruszona była narzeczona gotowa jest nawet go zgwałcić, by wykazać jego uzależnienie od jej wdzięków. "40 dni i 40 nocy" jest jednak komedią i wszystko zakończy się happy endem.