-

73544 -

62 -

1777 -

13399
89281 plików
1097,65 GB
Ostatnio pobierane pliki
kupę. Pożegnał się z siostrą, znów wziął kilka papierowych ręczników i podniósł
kupę. Pożegnał się z siostrą, znów wziął kilka papierowych ręczników i podniósł
kupę. Finn
Finn od urodzenia miał w życiu pod górkę. Wyślizgnął się z rąk położnej, która
odbierała już wcześniej setki porodów, i wydał z siebie pierwszy krzyk dopiero
wtedy, gdy upadł na podłogę. Kiedy miał pięć lat, w domu sąsiadów odbywało
się przyjęcie. Pozwolono mu słuchać muzyki (The Pogues ryczących
z głośników przenośnych przymocowanych do słupków po jego stronie ulicy).
Było lato, wyszedł z domu na bosaka i fajerwerk rzucony przez rozbawionego
imprezowicza upadł tuż pod jego nogi, eksplodował i urwał mu duży palec
lewej stopy.
„Takie rzeczy zdarzają się raz na tysiąc lat”, powiedziała babcia Finna.
Gdy miał siedem lat, bawił się z siostrą w parku Pettingill, podczas gdy
babcia siedziała na pobliskiej ławce i zerkała na nich co jakiś czas, zajmując się
wykreślanką. Finn nie był ani trochę zainteresowany huśtawkami i miał
w głębokim poważaniu metalową karuzelę. Fascynowała go jedynie wysoka na
siedem metrów spiralna zjeżdżalnia z niebieskiego plastiku. Można było wejść
na nią schodkami, on jednak wolał się wspinać po samej zjeżdżalni, wciągając
się po jej krawędzi przy użyciu dłoni i kolan, w górę i w bok, w górę i w bok.
Kiedy docierał na górę, siadał i zsuwał się na sam dół, na ubitą ziemię. Nigdy
nie zrobił sobie przy tym krzywdy.
– Daj już z tym spokój, chociaż na chwilę – mówiła babcia. – Ciągle tylko
bawisz się na tej starej zjeżdżalni. Spróbuj czegoś nowego. Idź na drabinki.
Pokaż mi jakąś sztuczkę.
Siostry Finna, Colleen i Marie, często bawiły się na drabinkach; wspinały
się na nie i huśtały zupełnie jak małpy. Więc żeby zrobić babci przyjemność,
poszedł tam, ześlizgnął się, wisząc głową w dół, spadł i złamał sobie rękę.Nauczycielka, która miała z nimi zajęcia w tym roku, ładniutka panna
Monahan, lubiła kończyć każdy dzień pytaniem: „Czego się dziś nauczyłyście,
dzieci?”. Na pogotowiu, gdzie nastawiano mu złamaną rękę (obdarowano go
potem lizakiem, który wcale nie rekompensował bólu podczas tego zabiegu),
Finn pomyślał, że nauczył się tego dnia jednej rzeczy: „Trzymaj się
zjeżdżalni”.
Kiedy miał czternaście lat i w czasie gwałtownej burzy wracał biegiem
z domu przyjaciela, Patricka, piorun uderzył w ulicę tuż za plecami Finna, na
tyle blisko, że skręcił mu włosy na głowie i zostawił czarną węglistą pręgę na
jego kurtce. Chłopiec poleciał do przodu, uderzył głową o krawężnik, doznał
wstrząśnienia mózgu i przez dwa dni leżał nieprzytomny w łóżku, nim w końcu
się ocknął i spytał, co się stało. Nieprzytomnego dzieciaka wyjęła wtedy
z rynsztoku Deirdre Hanlon, mieszkająca w domu po drugiej stronie ulicy
(kiedyś bawiła się na imprezie z muzyką The Pogues, choć to nie ona rzuciła
fajerwerkiem).
– Byłam pewna, że biedny Finn już nie żyje – powiedziała potem.
Jego zmarły przed laty ojciec mawiał, że syn urodził się pod złą gwiazdą.
Babcia (która nigdy nie przeprosiła za to, że namawiała go na drabinki) była
innego zdania. Powiedziała Finnowi, że Bóg wynagradza każde pechowe
wydarzenie dwoma szczęśliwymi. Zastanowił się nad tym i odparł, że do tej
pory raczej nie miał szczęścia, chyba że uznałoby się za nie to, że piorun
uderzył tuż za nim, a nie prosto w niego.
– Powinieneś się cieszyć, że na razie nie miałeś szczęścia – odrzekła
babcia. – Może kiedyś wróci do ciebie niespodziewanie i wygrasz w Lotto.
Albo jakiś bogaty krewny umrze i zostawi ci ogromny majątek.
– Nie mam żadnych bogatych krewnych.
– Może nie wiesz, że ich masz. – Należała do kobiet, które lubią mieć
zawsze ostatnie słowo. – Kiedy nie będzie ci się układać, przypomnij sobie
tylko: „Bóg jest mi coś winien”. A Bóg zawsze spłaca swoje długi.
W przypadku Finna nie nastąpiło to zbyt szybko. Czekały go jedynie coraz
gorsze historie.• • •
Pewnego wieczoru, gdy miał osiemnaście lat, wracał biegiem z domu swojej
dziewczyny – nie z powodu padającego właśnie deszczu czy tego, że mimo
wielu pieszczot i pocałunków nie mógł dać ujścia pożądaniu. Miał po prostu
wrażenie, że jeśli nie uwolni wypełniającego go szczęścia, eksploduje. Był
w skórzanej kurtce, dżinsach, czapce drużyny Cabinteely i oldskulowym Tshircie z logo równie oldskulowego zespołu – Nazareth – na piersiach. Wybiegł
zza rogu na Peeke Street i wpadł prosto na młodego mężczyznę biegnącego
w przeciwnym kierunku. Obaj upadli. Finn wstał z chodnika i zaczął
przepraszać, lecz chłopak, z którym się zderzył, już podrywał się do biegu,
oglądając się przy tym przez ramię. On również miał na sobie dżinsy, czapkę
z daszkiem i T-shirt, co nieszczególnie zdziwiło Finna: w tym mieście ubierali
się tak wszyscy młodzi ludzie, zarówno mężczyźni, jak i kobiety.
Pobiegł dalej Peeke Street, rozcierając podrapany łokieć. Kawałek dalej
podjechała do niego czarna furgonetka ze zgaszonymi światłami; nim się
zatrzymała, z tyłu wyskoczyło co najmniej czterech mężczyzn i w mgnieniu
oka dopadło Finna.
Dwaj złapali go za ręce.
– Hej, o co chodzi?! – zdołał zawołać.
– O gówno! – odkrzyknął trzeci z mężczyzn i naciągnął mu worek na
głowę.
Finn poczuł, jak coś ukłuło go w ramię, tuż nad podrapanym łokciem.
Poczuł jeszcze, jak ktoś podnosi go nad ziemię i niesie, a potem cały świat
wypełnił się ciemnością.
• • •
Kiedy Finn doszedł do siebie, leżał na pryczy w małym pokoju z wysokim
sufitem. W jednym rogu stała na podłodze lampa jak na biurko, a w drugim
komoda z plastiku, dokładnie w takim samym odcieniu co zjeżdżalnia w parku
Pettingill. Poza tym w pomieszczeniu nie było żadnych mebli. Pod sufitemznajdował się świetlik, zamalowany jednak czarną farbą, którą nałożono
kilkoma niedbałymi pociągnięciami pędzla.
Finn usiadł prosto i skrzywił się. Właściwie nie bolała go głowa, ale miał
zesztywniały kark, a ramię przenikał taki sam ból jak po szczepieniu na covid.
Przesunął wzrok wyżej i zobaczył, że ktoś przykleił plaster nad jego
podrapanym łokciem. Kiedy go oderwał, zobaczył na skórze maleńki otwór
otoczony czerwonym obrzmieniem.
Gdy spróbował otworzyć drzwi, przekonał się, że są zamknięte na klucz.
Zapukał w nie, a potem uderzył pięścią. Jakby na ten sygnał rozległy się
dźwięki Dirty Deeds Done Dirt Cheap AC/DC, odtwarzanego z natężeniem
sięgającym chyba dwóch tysięcy decybeli. Finn zakrył uszy dłońmi. Muzyka
grała przez jakieś dwadzieścia do trzydziestu sekund, po czym ucichła.
Podniósł wzrok i zobaczył trzy głośniki zamontowane pod sufitem. Wyglądały
na kolumny firmy Bose, więc nie były zapewne tanie. W rogu, nad lampą
biurkową bez biurka, znajdowała się kamera, skierowana teraz prosto na niego.
W odróżnieniu od sytuacji, gdy niemal został rażony piorunem, Finn
pamiętał dokładnie, co się stało, nim stracił przytomność, i domyślał się, co
może to oznaczać. Jego położenie wydawało się absurdalne, ale nie
zadziwiające. Prawdopodobnie został porwany, co było tylko jeszcze jednym
przykładem parszywego pecha, który prześladował Finna Murriego.
Znów zaczął walić w drzwi i domagać się, by ktoś do niego przyszedł. Nie
doczekawszy się żadnej reakcji, cofnął się o krok i spojrzał na kamerę.
– Jest tam kto? Ktoś to ogląda? Jeśli tak, to chodźcie tu i wypuśćcie mnie.
Chyba spierdoliliście sprawę i porwaliście nie tego faceta, co trzeba.
Nikt mu nie odpowiedział. Kiedy odczekał niemal całą minutę i wracał do
pryczy, uznawszy, że lepiej będzie, jak położy się i prześpi, nim ktoś przyjdzie
naprawić tę oczywistą pomyłkę, głośniki znów buchnęły muzyką. Lubił
Ramones, lecz wolałby nigdy nie słuchać ich muzyki aż tak głośno, w dodatku
w zamkniętym pomieszczeniu. Ta apokaliptyczna nawałnica dźwięków trwała
przez jakieś dwie minuty, nim raptownie ucichła.
Położył się na pryczy i zaczął już zasypiać, gdy ryknął utwór grupy Cheap
Trick. Dwadzieścia minut później zagrali Dexys Midnight Runners.Taki przekładaniec ciągnął się długo. Prawdopodobnie przez kilka ładnych
godzin. Finn nie był w stanie określić, ile czasu upłynęło. Porywacze zabrali
mu zegarek, gdy był nieprzytomny.
• • •
Drzemał, gdy otworzyły się drzwi jego celi i do środka weszło dwóch
mężczyzn. Finn nie mógłby przysiąc, że byli to ci sami faceci, którzy złapali go
na ulicy, ale był tego niemal pewny. Jeden z nich miał leniwe oko.
– Nie będziesz się stawiał, Bobby-O? – spytał.
– Nie, jeśli pozwolicie mi to wyjaśnić – odparł Finn. Nie zwrócił większej
uwagi na to, że facet nazwał go Bobbym-O. Pomyślał, że to jakaś ksywka, jak
Daddy-O, pamiętał na przykład, że jego ojciec na widok pijaka zataczającego
się na ulicy mówił zawsze „Oho, idzie Paddy O’Reilly”.
– To zależy od ciebie – powiedział drugi facet. Miał wąską twarz i czarne
oczy, jak łasica.
Kiedy wyprowadzali Finna z pokoju, szedł między tymi dwoma
mężczyznami, ubranymi w drelichowe spodnie i białe koszule. Żaden nie miał
broni, co stanowiło pewne pocieszenie, choć Finn był pewien, że poradziliby
sobie z nim bez trudu, gdyby próbował im się sprzeciwić. Wyglądali na silnych
i sprawnych, podczas gdy on, choć wysoki, był dość chuderlawy.
Wzdłuż ścian pomieszczenia, w którym się znaleźli, ciągnęły się półki,
wszystkie puste. Zdaniem Finna wyglądało to na spiżarnię albo coś, co – ze
względu na spore rozmiary – jego babcia nazwałaby pokojem kredensowym.
W młodości pracowała przez jakiś czas jako „służba”.
Potem przeszli do największej kuchni, jaką kiedykolwiek widział. Na blacie
stało kilka pustych misek z łyżkami. Sądząc po osadzie, który pozostał na ich
ściankach, zawierały wcześniej zupę. Finn poczuł, jak burczy mu w brzuchu.
Nie miał pojęcia, ile czasu minęło, odkąd ostatnio jadł. Ellie zrobiła mu
jajecznicę, zanim zaczęli się całować, przypuszczał jednak, że dawno ją już
strawił. Oczywiście jeśli organizm zajmuje się trawieniem, gdy człowiek jest
nieprzytomny. Przypuszczał jednak, że tak. Ludzkie ciało funkcjonuje bez
udziału świadomości.Następnie znaleźli się w jadalni ze lśniącym mahoniowym stołem, który
wydawał się dość długi, by można było na nim grać w shuffleboard. Okna
kryły się za szczelnie zaciągniętymi ciężkimi zasłonami. Finn nadstawił uszu,
próbując wyłapać dźwięki ruchu ulicznego, ale niczego nie usłyszał.
Przemaszerowali korytarzem i po chwili mężczyzna z leniwym okiem
otworzył drzwi po prawej. Jego towarzysz pchnął Finna lekko. W pokoju stało
eleganckie biurko. Wzdłuż ścian ciągnęły się półki zastawione książkami
i teczkami. Okno za biurkiem zasłaniały ciemnoczerwone kotary. Przy biurku
siedział mężczyzna o siwych włosach zaczesanych w stylu wczesnego Cliffa
Richarda. Finn pomyślał, że jest niewiele starszy od jego ojca z okresu tuż
przed śmiercią.
– Siadaj.
Zajął miejsce naprzeciwko siwowłosego mężczyzny. Leniwe Oko stanął
w jednym rogu pokoju, a Łasica w drugim. Spletli dłonie na sprzączkach
swoich pasów.
Przed siwowłosym mężczyzną leżała teczka, cieńsza od tych, które stały na
półkach. Otworzył ją, podniósł kartkę, spojrzał na nią i westchnął.
– To może być łatwe albo trudne, panie Feeney. Wszystko zależy od pana.
Finn pochylił się do przodu.
– Ja się tak nie nazywam. Złapaliście niewłaściwą osobę.
Siwowłosy wydawał się zainteresowany. Odłożył kartkę do teczki
i zamknął ją.
– Więc nie nazywa się pan Bobby Feeney? Naprawdę?
– Jestem Finn Murrie. Murrie z „ie” na końcu, nie „ay”. – Finnowi
wydawało się, że ten szczegół powinien przekonać jego rozmówcę.
– Co ty nie powiesz? – powiedział siwowłosy facet z udawanym
zdumieniem. – Cuda się zdarzają!
– Powiem wam, co się wydarzyło… co moim zdaniem się wydarzyło.
Kiedy wybiegłem zza rogu, wpadłem na gościa, który zmierzał w przeciwnym
kierunku. Przewróciliśmy się obaj. On wstał i ruszył dalej. Ja też wstałem
i pobiegłem dalej. Ci faceci… – wskazał na mężczyzn stojących w rogach –chcieli pewnie złapać tego drugiego, Bobby’ego Feeneya. Był ubrany tak samo
jak ja.
– Tak samo jak ty, naprawdę? Miał czapkę Cabinteely? Koszulkę
z Nazareth? Skórzaną kurtkę?
– Nie wiem, co miał na kurtce, ale zapamiętałem czapkę. Wszystko działo
się bardzo szybko, ale na pewno chodziło wam właśnie o niego. Ciągle
spotykają mnie takie rzeczy.
Siwowłosy wychylił się nad biurkiem i zacisnął dłonie (poznaczone
bliznami lub poparzone, jak zauważył Finn) na cienkiej teczce.
– Ciągle zamykają cię w areszcie, tak?
– Nie, mówię o pechu. Ciągle mam pecha.
Finn opowiedział o tym, jak położna upuściła go przy narodzinach,
o fajerwerku, który urwał mu palec, o tym, jak złamał rękę, bo babcia wysłała
go ze zjeżdżalni na drabinki, o uderzeniu pioruna. Mógłby dodać jeszcze parę
innych historii, uznał jednak, że warto poprzestać na tej o piorunie
i wstrząśnieniu mózgu. Stanowiły coś w rodzaju punktu kulminacyjnego
powieści sensacyjnej.
– Sami więc rozumiecie, że nie jestem tym chłopakiem, którego szukacie.
– Hm… – Siwowłosy odchylił się na oparcie krzesła, przycisnął dłoń do
brzucha, jakby bolał go żołądek, i westchnął.
Finn wpadł nagle na pewien pomysł.
– Proszę się tylko zastanowić. Gdybym uciekał przed pana ludźmi, to
pobiegłbym w przeciwnym kierunku. A nie zrobiłem tego, prawda? Pobiegłem
prosto w ich otwarte ramiona, że tak powiem. Im chodziło o tego drugiego
faceta, o Bobby’ego Feeneya, który uciekł.
– Nie jesteś Bobbym Feeneyem?
– Nie, proszę pana.
– Jesteś Finnem Donovanem.
– Finnem Murrie. Przez „ie” na końcu.
Wydawało się, że sprawa powinna być już jasna i rozstrzygnięta.
Zachowanie Siwowłosego, który wcale nie wydawał się przekonany, budziłojednak złe przeczucia Finna.
– Masz jakiś dowód tożsamości? Bo jeśli miałeś portfel, to musiałeś
wsadzić go sobie w dupę. To jedyne miejsce, gdzie nie szukaliśmy.
Finn sięgnął odruchowo do tylnej kieszeni, nim sobie przypomniał.
– Zostawiłem go w domu mojej dziewczyny… Siedzieliśmy na kanapie…
– Właściwie leżeli. Ellie na górze. – Gniótł mnie w tyłek, więc go wyjąłem
i położyłem na tym małym stoliku, na którym stały puszki z piwem. Widocznie
go zapomniałem.
– Zapomniał go – powiedział Łasica, uśmiechając się znacząco.
– To zrozumiałe – odparł Leniwe Oko. On też szczerzył zęby w uśmiechu.
– Jak widzisz, mamy tu pewien problem. – Siwowłosy znowu westchnął.
Finn wpadł na kolejny pomysł. Wyglądało na to, że ta nieprzyjemna
sytuacja, w której się znalazł – niewiarygodna, choć nie miał innego wyboru,
jak tylko w nią uwierzyć – pobudzała jego umysł do działania na
podwyższonych obrotach.
– Miałem w kieszeni kartę Odeon, trzymałem ją oddzielnie, na wypadek
gdyby Ellie chciała pójść do the Royale…
Sięgnął do kieszeni. Była pusta.
Siwowłosy otworzył teczkę, przerzucił kilka dokumentów i wyjął
pomarańczową kartę.
– Mówisz o tym?
– Tak, właśnie o tym. Widzi pan moje nazwisko? – Finn sięgnął po kartę.
Siwowłosy odchylił się do tyłu. Łasica i Leniwe Oko rozpletli dłonie,
gotowi wkroczyć do akcji, jeśli tylko będzie to potrzebne.
Mężczyzna siedzący za biurkiem przysunął kartę pod oczy, jakby był
krótkowidzem.
– Finn Murray, tak tu jest napisane. Przez „ay”.
Finn poczerwieniał jak burak, jakby właśnie przyłapano go na kłamstwie.
Nie kłamał, ale tak się właśnie czuł.
– Ludzie ciągle robią błędy w nazwiskach czy imionach. Mój ojciec miał na
imię Stephen, a prawie zawsze ludzie zapisywali to przez „v” albo nawet „f”,Stefan.
Siwowłosy wsunął z powrotem kartę Odeon do teczki.
– Podobała ci się muzyka, którą puszczaliśmy w twoim pokoju?
– Wiem, dlaczego do robicie. Widziałem to w telewizji. To taka strategia.
Żeby doprowadzać ludzi do ostateczności.
– Ach, więc dlatego to robimy? Pando, wiedziałeś, że dlatego to robimy?
– Trudno powiedzieć – odparł Łasica, wzruszając ramionami. – Słyszałem,
że muzyka łagodzi obyczaje, ale nie wiem, czy o to właśnie chodzi.
– Możemy ci też puszczać Nazareth, jeśli chcesz – rzucił Siwowłosy. –
Jako że jesteś fanem i tak dalej. Mamy Spotify! – dorzucił tonem, w którym
pobrzmiewały nuty groteskowej dumy.
– Chcę wrócić do domu. – Finnowi nie podobał się wcale drżący ton
własnego głosu, ale nie mógł na to nic poradzić. – Popełniliście błąd, a ja chcę
wrócić do domu. Nic wam nie powiem. – Pożałował tych słów, gdy tylko je
wypowiedział. Ofiary porwań zawsze tak mówią i nigdy nie przynosi to
żadnego skutku. To też widział w telewizji.
– Chcesz wrócić do domu? Możemy to załatwić bez problemu. Ale
najpierw musisz odpowiedzieć na jedno pytanie. Co zrobiłeś z aktówką,
Bobby? Tą z dokumentami. Bo nie miałeś jej przy sobie, kiedy cię tu
przywieziono.
Finn czuł, jak łzy napływają mu do oczu.
– Proszę pana…
– Możesz mówić do mnie „panie Ludlum”, jeśli chcesz. Kiedyś nazywałem
się Deighton, ale znudziło mi się to.
– Panie Ludlum, nie jestem Bobbym Feeneyem i nie miałem żadnej
aktówki. Nie jestem tym, kogo szukacie. Kiedy mnie tu przesłuchujecie, facet,
na którym naprawdę wam zależy, ucieka coraz dalej.
– Więc nazywasz się Bobby Murrie. Przez „ie” na końcu.
– Tak. To znaczy nie. Jestem Finn Murrie. Finn.
– Doktorze. – Siwowłosy, Pan Ludlum, skinął głową na faceta z leniwym
okiem. – Pomóż, proszę, temu młodzieńcowi przypomnieć sobie, jak sięnazywa.
Doktor podszedł do Finna, a Pando, czyli Łasica, złapał chłopaka za
ramiona. Doktor zdjął z palca ciężki pierścień, schował go do kieszeni spodni
i uderzył Finna w twarz, mocno i siarczyście. Potem uderzył ponownie,
z drugiej strony, jeszcze mocniej. Z ust chłopaka wyleciały kropelki śliny.
Uderzenia były bardzo bolesne, ale w tym momencie czuł przede wszystkim
zdumienie. I wstyd. Nie miał się czego wstydzić, a jednak czuł wstyd.
– No dobrze… – Pan Ludlum westchnął, odchylił się na oparcie krzesła
i złożył splecione dłonie na brzuchu. – Jak się nazywasz?
– Finn! Finn Mur…
Siwowłosy skinął głową na Doktora, a ten wymierzył Finnowi dwa kolejne
siarczyste policzki, od których chłopakowi aż dzwoniło w uszach. Jego twarz
płonęła żywym ogniem. Do oczu napłynęły łzy.
– Nie możecie tego robić! Dlaczego to robicie? Popełniliście błąd!
– Możemy to robić. – Pan Ludlum otworzył teczkę, wyjął z niej broszurkę
i rzucił ją na biurko. – Uderzenia otwartą dłonią to przyjęta na całym świecie
technika przesłuchiwań, zwłaszcza tych ważniejszych. Chyba powinieneś to
uważnie przeczytać, zanim znów zaczniemy rozmawiać. Przekonaj się, jakie
jeszcze inne techniki możemy zastosować. Odprowadźcie go. Pan Bobby
Donovan ma lekcje do odrobienia.
– Nawet nie wiecie, z kim…
Silne dłonie poderwały go z krzesła; Pando po jednej stronie, Doktor po
drugiej. Pando sięgnął po broszurkę i wsunął ją za pasek dżinsów Finna.
– Chodź, Bobby-O – rzucił.
– Pa, pa! – odezwał się Pan Ludlum. – Bądź miły dla wszystkich,
a wszyscy będą mili dla ciebie.
Finn milczał, gdy wyprowadzano go z gabinetu, z obolałymi czerwonymi
policzkami i spływającymi po nich strumieniami łez.
• • •W pokoju – swojej celi – Finn wyjął zza paska dżinsów broszurę i przejrzał ją.
Nie miała oprawy, nie była nawet zszyta, składała się po prostu z kilku kartek
papieru złożonych na pół. Na zewnętrznej stronie znajdował się nieco
rozmazany i przekrzywiony napis: PSZYJĘTE NA CAŁYM ŚWIECIE
TEHNIKI WAŻNYCH PRZESŁUHAŃ.
– Jaja sobie robicie? – spytał Finn. Mówił szeptem, by nie wychwyciły tego
mikrofony; był pewien, że w pomieszczeniu oprócz kamery znajdują się także
mikrofony. W pierwszej chwili pomyślał, że „broszurka” to kiepski żart. Ale
uderzenia, które mu wymierzono, nie były żartem. Policzki wciąż go paliły.
Pierwsza strona broszury: UDERZENIA OTWARTĄ DŁONIĄ –
DOZWOLONE!
Druga strona: TEHNIKI POZBAWIANIA SNU (GŁOŚNA MUZYKA,
EFEKTY DŹWIENKOWE ITP.) – DOZWOLONE!
Trzecia: GROŚBY (WOBEC RODZINY, PARTNERÓW ITP.) –
DOZWOLONE!
Czwarta: LEWATYWY – DOZWOLONE!
Piąta: STRESUJĄCE POZYCJE – DOZWOLONE!
Szósta: WATERBOARDING – DOZWOLONE!
Siódma: UDERZANIE PIĘŚCIĄ, BICIE PO PODESZFACH STÓP,
PRZYPALANIE (PAPIEROSAMI ALBO PAPIEREM), GWAŁT
I MOLESTOWANIE SEKSUALNE – NIEDOZWOLONE!
Ósma: JEŚLI NIEWYMIENIONE – PRAWDOPODOBNIE
DOZWOLONE!
Pozostałe strony były puste.
– Kurwa, nawet nie potrafią pisać bez błędów – wyszeptał Finn. Jeśli
jednak nie była to pomyłka albo jakiś chory, makabryczny żart, mogło to
oznaczać, że trafił w ręce psychopatów. Ta myśl była bardziej przerażająca niż
możliwość, że padł ofiarą pomyłki, bo w tym drugim wypadku zapewne dałoby
się to jakoś rozwiązać.
Przypomniał sobie jedno z
- sortuj według:
-

9416 -

0 -

0 -

0
9416 plików
215,03 GB
Chomikowe rozmowy













Pokaż wszystkie
Pokaż ostatnie





