-

1 -

0 -

1794 -

0
1798 plików
2,25 GB
Foldery
Ostatnio pobierane pliki
Fuentesa i Samzadeha chyba zabolało w kroku od siedzenia okrakiem na barykadzie i postanowili jasno opowiedzieć się po którejś ze stron – współczesności lub pełnych wielkich nazw lat 70tych. Co wybrali, dostrzec nietrudno. Na „Days Between Stations” byli otoczeni tabunem współpracowników, ale byli to sidemani anonimowi. Tym razem, zapewne dysponując większym budżetem, zatrudnili ludzi którzy kładli pod klasykę podwaliny (Rick Wakeman, Peter Banks – słyszymy go już post mortem) albo w kolejnych dekadach twórczo przyczyniali się do przetrwania progresywnych gigantów (Tony Levin, Billy Sherwood). Nawet okładkę zrobił Paul Whitehead odpowiedzialny za projekty graficzne klasycznych dzieł Genesis i Van Der Graaf Generator. Czyli mamy do czynienia z, nie bójmy się tego słowa, superprodukcją. A z gwiazdorskimi projektami jest tak, że albo wyjdzie coś ekstra (patrz: projekty Stevena Wilsona), albo kompletny chłam (patrz: projekty obecnego tu Sherwooda). Tertium non datur. Inna sprawa, że w naszym progresywnym wycinku rzeczywistości o superprojekty coraz łatwiej, co trochę ten przedrostek „super” dewaluuje . Sformowanie all-star bandu złożonego ze świetnych muzyków z nazwiskami nie jest dziś wielką sztuką. Może główny Jeżozwierz, może Hackett, może klawiszowiec ze średniego artystycznie okresu Yes, może lider Magenty, zespołu na dobrą sprawę drugoligowego. Days Between Stations po prostu wpisali się w panującą koniunkturę.
Styl znany z debiutu ostał się tylko miejscami, reszta to kawał soczystego mainstreamowego proga. Przy pierwszej płycie twórczość DBS można było spokojnie podpiąć pod post rocka. Wizjonerskiego, dalekiego od sztampy, ale jednak. Teraz mamy chemicznie czysty art rock – zdecydowanie wart grzechu. Jak już postanowili przemeblować brzmienie, to zrobili to na całego. Przeprosili się z wokalami – w kilku utworach śpiewa swoim ciepłym, z lekka zachrypniętym głosem Sherwood, a w jednym – znany z XTC Colin Moulding. Utwory w większości mają długość kompletnie nieradiową – na czele z wieńczącą całość dwudziestojednominutową tytułową suitą. Jeśli są krótsze to najczęściej są to instrumentalne miniaturki. Wyjątek stanowi piosenka „The Man Who Died Two Times” - akurat najsłabszy element całości. Słychać rozmach – niekiedy wchodzi orkiestra lub kwartet smyczkowy (na jego brzmieniu oparte jest dedykowane zmarłemu Banksowi interludium „Waltz In E Minor”). A tak ogólnie to na płycie walczą o lepsze dwa żywioły – floyodowski i yesowski – a słuchacz ma z obserwowania tej walki (czy może raczej symbiozy) kupę radochy.
Przez pierwsze dziewięć minut zespół się skrada, nie ujawnia całego swojego artystycznego zamysłu. Ot, orkiestrowe intro – trochę muzyki filmowej, trochę pokotłowanej symfoniki jak na „Magnification” Yes. A potem „In Utero” - wiernopoddańczy hołd dla gitarowego rzemiosła Davida Gilmoura wzbogacony leniwą jazzującą trąbką. Przyjemne drobiażdżki, ale tylko tyle. Erupcja pomysłów zaczyna się w dziesięciominutowym „Visionary”. Wyrazista linia wokalna, mięsiste gitary, dużo kombinowania. I koda z rzeźbieniem na akustyku jak w „Wish You Were Here” Serce mnie boli, kiedy słyszę „Blackfoot”. Nie dlatego, że złe – wręcz przeciwnie. W tym dziesięciominutowym hipnotycznym instrumentalu objawia się duch pierwszej, wspaniałej płyty DBS – to Pink Floyd a rebours, soundtrack do jakiegoś futurystycznego filmu noir. To żywioł, który mógłby się rozpanoszyć na reszcie krążka. Na ziemię sprowadza wspomniany „The Man Who Died Two Times” - żwawy utwór chyba zaprojektowany jak potencjalny hit. Biorąc pod uwagę jego banalność – pozostanie potencjalny. Reminiscencje starego brzmienia pojawiają się jeszcze w środkowej części „Eggshell Man”, bo pierwsza to delikatna, mocno zalatująca Yes pieśń. A dalej czarują nas weterani: Wakeman wygrywa opętańcze solo na Moogu i zmiękcza całość melotronem, a ś.p. Banks na pudle wygrywa fokowe cudeńka. Na koniec dostajemy gargantuiczną suitę. Czasem zespoły progresywne wydłużają swoje kompozycje, bo tak wypada, bo wymogi gatunku, bo trzeba dowartościować własne ego. Days Between Stations piszą długie kawałki, bo mają w nich coś do powiedzenia. Zaczyna się tajemniczym, mrocznym chorałem odpowiednio zatytułowanym „Mass”. Potem świetna synteza (wreszcie!) wokalu Sherwooda z odjechanym klawiszowo-gitarowym pejzażem znanym z „jedynki”. Kiedy kończy się część wokalna panowie dalej kreują ten niesamowity klimat, może tylko klawisze Fuentesa czasem brzmią bardziej klasycznie, jak u Yes czy Genesis. Wokal, tym razem kontrowany trąbką, powraca dopiero w siedemnastej minucie. Utwór narasta, przechodzi w optymistyczną, wzbogaconą smyczkami końcówkę, a w klamrę bierze go pojawiający się ponownie w ostatnich sekundach chór. Brawurowa kompozycja, pełen szacunek!
„In Extremis” słucha się świetnie, jestem pewien że duet narobi tą płytą sporo szumu. Jest jednak coś, co studzi mój entuzjazm – pamięć o debiucie Amerykanów. Oddajmy cesarzowi co cesarskie – panowie odrobili lekcję z klasyki, pięknie do niej nawiązali. Sęk w tym, ze na ołtarzu tych fascynacji momentami rezygnują z własnej tożsamości – a momenty, gdzie „dawne” DBS bierze górę, brzmią najciekawiej. Daję więc solidną czwórkę, ale robię to z łezką w oku, chlip, chlip...
Track list:
01. No Cause for Alarm (Overture) (3:51)
02. In Utero (5:10)
03. Visionary (10:40)
04. Blackfoot (10:04)
05. The Man Who Died Two Times (4:11)
06. Waltz in E Minor (dedicated to Peter Banks) (2:04)
07. Eggshell Man (11:56)
08. In Extremis (21:37)
Part I: Mass
Part II: On The Ground
Part III: A Requiem
Part IV: Writing On Water
Part V: Overland
Part VI: It Never Ends
- sortuj według:
-

0 -

2 -

0 -

0
2 plików
2,44 MB
Chomikowe rozmowy
Zaprzyjaźnione i polecane chomiki (18)













Pokaż wszystkie
Pokaż ostatnie





















